Albania

16 marca 2016

Egzotyka w centrum Europy

Albania nadal jest nieznana i niedoceniana przez polskich turystów, choć pod względem atrakcyjności w niczym nie ustępuje np. Chorwacji. Kiedy poprosiłam w firmie o trzy tygodnie urlopu i powiedziałam, dokąd jadę, że będziemy nocować "na dziko" w namiotach, padło pytanie: czy bierzecie broń? Bo wiesz, tam podobno w górach siedzą partyzanci...

Uwierzcie - Albania jest naprawdę piękna: monumentalne góry, niezapomniane widoki, dzikie plaże i ciepłe czyste morze, wiele pięknych zabytków. To kraj bunkrów, gajów oliwnych i dojrzałych w słońcu fig. Kraj kontrastów gdzie nowoczesny rozwój przeplata się z widocznymi pozostałościami poprzedniego reżimu. Pyszne tanie jedzenie i wspaniali uczynni mieszkańcy.

 

Rozbiegówka

Dojazd do Albanii zajmuje z reguły około 3 dni. Po drodze mieliśmy okazję zwiedzić piękne Sarajewo - stare miasto to świetny wstęp do poznania "bałkańskich klimatów". Ruszamy dalej - aby dotrzeć do Albanii trzeba przejechać przez górzyste rejony Czarnogóry. Nocleg - na kempingu Grab, gdzie znają off roadowych podróżników z Polski. Grab jest świetnym miejscem owym do podróży w góry - tutaj rozpoczęliśmy na dobre naszą wyprawę.

Po uzupełnieniu zapasów w miejscowości Zablijak postanowiliśmy przeprawić się przez rozległe połoniny Durmitorskiego Parku Narodowego, gdzie zaplanowaliśmy także nocleg. Oczywiście, pojechaliśmy na skróty nieistniejącą już drogą, którą znaleźliśmy na starych mapach wojskowych, a ślady której można tylko w kilku miejscach wypatrzeć pośród traw i kamieni. Na tym odcinku trasu podróżnicy mieli okazję przetestować zawieszenia, osłony i pobawić się trochę wyciągarką.

Nazajutrz dotarliśmy do widocznej wyraźnie drogi i ruszyliśmy prosto na granicę z Albanią. A w pierwszej wiosce za granicą, prawie na każdym podwórku wystaje z ziemi nieduża okrągła kopułka: bunkier - pamiątka po rządach Envara Hodży.

 

Góry Przeklęte

Od kilku dni lało, a noce były zimne, więc wszyscy byliśmy bardzo spragnieni słońca i widoku morza. Ale żeby tam dotrzeć czekał nas jeszcze najtrudniejszy odcinek - góry Prokletije (po serbsku - Góry Przeklęte). O słuszności nazwy gór położonych w Alpach Albańskich mógł się przekonać każdy, kto kiedykolwiek tamtędy przejeżdżał. Widok skalistych szczytów i głębokich przepaści budzi grozę. Drogi są tutaj zimą okresowo zamykane, a na szczytach i stokach nawet w lecie zalegają czapy śniegu i przejechać tędy nie jest łatwo.

Naszym celem było dotarcie do Parku Narodowego Theth oraz położonej w jego sercu, trudno dostępnej miejscowości o tej samej nazwie. Jedyna droga dojazdowa z tej strony prowadzi przez wieś Boge. Odbiliśmy z nudnego asfaltu troszkę lewo i troszkę pod górę, potem bardziej pod górę i jeszcze bardziej po górę i znaleźliśmy się w... "terenie zabudowanym". Rozłożone w tym miejscu gór wsie stanowią fascynujący przykład siły woli przetrwania ich mieszkańców. Podstawowym środkiem transportu są nogi własne lub osiołka. Wąska, bardzo kamienista droga wiedzie pomiędzy przylegającymi do siebie gospodarstwami. Każdy kawałek gdzie można wypasać stadko, posadzić drzewko lub trochę warzyw został skrupulatnie ogrodzony kamiennym murkiem i ostrymi krzewami zapobiegającymi przeskakiwaniu przez nie kóz lub owiec sąsiada. Czasem trudno odróżnić gdzie kończy się skała, a gdzie zaczyna ogrodzenie.

Po dotarciu za Boge zaczęliśmy jazdy po półkach skalnych. I.. niespodzianka: okazało się, że w Albanii buduje się drogi z godnym podziwu zapałem, część już pokrywa świeżutki asfalt, a dalej maszyny pracują pełną parą, przygotowując podłoże: koparka podjeżdża do skalnej ścian, kruszy kamienie i zrzuca je na dół. Trafiliśmy na taki moment i trzeba było czekać. Przedzieraliśmy się przez Góry Przeklęte, zbliżając się do miejsca zaplanowanego na nocleg. Droga okazała się wymagająca. Za granicą parku skończył asfalt, za to widoki mieliśmy wspaniałe. Po wykutej w skale półce samochody wspinały się coraz wyżej i coraz wolniej. Prekletije porażają swoją surowością.

 

Kawa i wino

Noc spędziliśmy na typowym tutaj kempingu: prymitywnym do bólu, ale uroczym. Miła właścicielka natychmiast podała wszystkim mocną kawę po turecku, a jej mąż kieliszki z rakiją. Wieczór upłynął bardzo miło w towarzystwie gospodarzy oraz domowego wina. A już następnego dnia czekało na nas zwiedzanie i nareszcie trochę spaceru. W Theth obejrzeliśmy kościółek z 1892 roku, lokalne muzeum etnograficzne i najciekawszy z tutejszych zabytków - Kulla e Ngujimit czyli wieżę odosobnienia. Budowle te były niegdyś bardzo popularne. Jest to związane z funkcjonującym, podobno do dzisiaj, prawie gór. Prawie do krwawej zemsty. Mężczyźni nią zagrożeni chronili się w takiej wieży i spędzali w niej praktycznie resztę życia.

Po przeżyciach kulturalnych przewodnik poprowadził nas na stromą kozią ścieżką w kierunku wodospadu Grunas. Widok, który zobaczyliśmy zapierał dech w piersiach: woda z wysokości 30 metrów spada wprost do błękitnego jeziorka. Pęd powietrza wytwarzany przez uderzającą wodę jest tak silny, że ciężko utrzymać równowagę, stojąc na kamieniach oddalonych o 5 metrów. Niedaleko wodospadu można podziwiać głęboki wąwóz. Można się nabawić zawrotów głowy, patrząc w 40 metrową otchłań między pionowymi ścianami. Wrażenie potęguje fakt, że mostek przerzucono w najwęższym chyba miejscu wąwozu i odległość między ścianami to zaledwie kilkanaście metrów.

Po kilkugodzinne wycieczce, zmęczeni postanowiliśmy przełożyć przejazd z Theth do Szokoderu na dzień następny. Wiedzieliśmy, że jest on o wiele trudniejszy niż trasa, którą przyjechaliśmy i potrzebujemy na to więcej sił i czasu. Postanowiliśmy coś zjeść w miejscowej knajpce. Jedzenie było wspaniałe - wszyscy zachwycali się smakiem frytek usmażonych ze świeżych ziemniaków. Najedzeni, pełni wrażeń minionego dnia wyruszyliśmy na poszukiwanie miejsca na nocleg. Znaleźliśmy je szybko: dużo trawy nad strumieniem oddzielone od drogi krzaczkami.  Lepiej być nie mogło.

 

Sprawdzian na skałach

Droga z Theth do Szkoderu to najtrudniejszy odcinek, który pokonaliśmy podczas wyprawy. Jest tu naprawdę bardzo wąsko i tylko w niektórych miejscach są niskie, mocno już nadwerężone zębem czasu betonowe zabezpieczenia. Trafiliśmy na wyjątkowo duży ruch: z przeciwka jechała w małych grupkach włoska wyprawa off road - ponad 40 samochodów! Co kilka kilometrów byliśmy zmuszeni do ryzykownych mijanek. Samochody trzeba było dosłownie wklejać w skalną ścianę. Kto wcześniej zauważył "przeciwnika" i miał trochę więcej miejsca, przytulał się do ściany. A od strony przepaści koła o centymetry mijały krawędź urwiska. Mijanie utrudniał fakt, że akurat w tym miejscu na brzegu urwiska stały... ule. Staraliśmy się ich nie postrącać. Była to chyba najbardziej malownicza droga pokazująca piękno i surowość tych gór. Kiedy już udało nam się zjechać wszyscy byli tak zmęczeni, że jednogłośnie zarządziliśmy odpoczynek nad rzeką. Szybka kawa i przekąska oraz kąpiel postawiły nas na nogi i dopiero wtedy ruszyliśmy w dalszą drogę.

W Szkodrze uzupełniliśmy zapasy i gnani marzeniem o noclegu na plaży skręciliśmy w kierunku górzystego półwyspu Rodonit. Niestety, nie było nam dane rozbić tego wieczoru obozowiska na piasku. Wszelkie znane nam zjazdy na plażę zniknęły, zabrała je spływająca woda, a wąskie zazwyczaj plaże całkiem zabrało morze. Zrobiło się i obozowisko założyliśmy na trawiastym wzniesieniu za wydmami. Na rano zaplanowaliśmy zwiedzanie średniowiecznego kościoła Skanderberga oraz twierdzy Rodonit znajdujących się na końcu półwyspu. Jeszcze kilka lat temu rodonickie plaże były dzikie, a miejsce to słynęło ze stosów śmieci przypływających do zatoki z morskim prądem. Dziś widać, że miejscowi rozumieją  korzyści płynące "z turystów". Pojawiły się leżaki i parasole, zbudowano z desek małe knajpki. Można tam zjeść najsmaczniejszą na wybrzeżu rybę. Zmęczeni górskimi przygodami zdecydowaliśmy pozostać w tym miejscu cały następny dzień. Cudownie jest zasypiać słuchając szumu fal i... odgłosów urządzonej na plaży albańskiej fiesty.

 

Plaża, dzika plaża

Dzień upłynął nam na odpoczynku, spacerach oraz walce (z pomocą łopat) z podchodzącym pod samochody przypływem. Wykopane rowy i wały uchroniły nas przed morską podróżą. Wypoczęci opuściliśmy Rodonit i ruszyliśmy, by poznać historyczne miasto Kruja. Znajduje się tam rodzinna twierdza albańskiego bohatera narodowego, Jerzego Kastrioty zwanego Skanderbegiem oraz poświęcone mu muzeum, którego budynek zaprojektowała... córka dyktatora Envera Hodży. Najwięcej czasu zajęło nam buszowanie między straganami w uliczce bazarowej. Oprócz magnesów na lodówkę i im podobnych pamiątek można tam znaleźć prawdziwe rękodzieło: kolorowe bieżniki i dywaniki, chusty, skarpety oraz regionalne filcowe kapcie i czapki, a dla kobiet - piękne wyroby ze srebra.

Po uzupełnieniu zapasów w Durres zanocowaliśmy na terenie Parku Narodowego przy  rezerwacie ptaków. Miejsca gniazdowania rzadkich gatunków pelikanów i kormoranów są ogrodzone i nie można tam obozować, ale na mierzei oddzielającej lagunę Karavastase od morza jest szeroka, piaszczysta plaża i tam właśnie spędziliśmy kolejną noc. Tym razem przypływ nie próbował nas zmyć, ale natura dała znać o sobie, nękając nas podnoszącym tumany piasku wiatrem. Mimo tych drobnych niedogodności noclegi na plażach mają niepowtarzalny urok. Jednak adriatycka część wybrzeża nie jest tak piękna, jak wybrzeże Morza Jońskiego, a od niego dzieliła nas już tylko przełęcz Llogara za półwyspem Karaburun.

 

Wizyta w raju

Następnym punktem podróży były ruiny miasta Apollonia, kiedyś ważnego miasta portowego. Ale morze cofnęło się i miasto podupadło, aż w końcu zostało zupełnie zapomniane. Jego ruiny nie wyglądają imponująco: większość budowli się rozpadła. Prawdopodobnie część materiału została użyta przez okoliczną ludność. Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża, minęliśmy ostatnie większe miasto nad Adriatykiem -  Wlorę, gdzie w 1912 roku proklamowano niepodległość i ustanowiono nową stolicę Albanii.

Droga za Wlorą zaczyna się wspinać ponad Karaburun i można z góry podziwiać Zatokę Wlorską, która stanowi umowną granicę pomiędzy morzami. Niedaleko za miastem można zobaczyć bazę okrętów podwodnych, w której stacjonowały rosyjskie jednostki bojowe. Podjazd na przełęcz jest bardzo stromy i dobrze jest zwracać uwagę na kontrolki dotyczące temperatury w samochodzie, szczególnie kiedy panuje upał. Przy drodze widzieliśmy wiele studzących się po udarze cieplnym pojazdów. Ostrożnie, ale uparcie parliśmy pod górę wiedząc, że czeka nas obiad na zawieszonym nad przepaścią tarasie restauracji. Widok wspaniały, ale wiało strasznie, więc zjedliśmy w środku. Widok za przełęczą jest zupełnie inny, wybrzeże jońskie jest kamieniste, a morze bardziej błękitne. Z góry już widzieliśmy drogę, która zaprowadzi nas na "naszą" dziką plażę: długą, szeroką,  z bielejącymi w słońcu kamieniami, lazurową wodą, bez śmieci i wodorostów, prawie pustą. A na horyzoncie widać brzegi greckiej Korfu. Cudownie! Znaleźliśmy się w raju, brakowało tylko palm. Sprawdziliśmy dalszy plan wyprawy i stwierdziliśmy, że możemy sobie spokojnie poplażować do następnego popołudnia.

Moment wyjazdu odwlekaliśmy do ostatniej chwili... Rozpoczęliśmy naszą podróż przez miasteczka i gaje oliwne Riwiery Albańskiej. Typowo południowa zabudowa i wąskie uliczki nie pozwalały na szybką jazdę. Mogliśmy poddać się panującemu tu nastrojowi: nikt się nigdzie nie śpieszy, ludzie spacerują lub w przytulnych kawiarenkach popijają godzinami kawę za kawą i rozmawiają o niczym. A może by tak na emeryturę przenieść się do takiego miasteczka?

W Porto Palermo zwiedziliśmy twierdzę Ali Paszy, który jest jedną z ważniejszych postaci historycznych Albanii. Zatrzymaliśmy się też w największym turystycznym mieście, jakim jest Saranda. I tak dotarliśmy prawie pod grecką granicę, gdzie znaleźliśmy przytulny kemping, a po spędzonej tam nocy czekała nas magiczna podróż w czasie.

Powiew historii

Butrint to najbardziej znane i największe stanowisko archeologiczne w Albanii, a jego zabytki to 2500 lat historii. Podobno miasto zostało założone przez uciekinierów spod Troi i nawet Wergiliusz umieścił je w swojej "Eneidzie". Założone jeszcze w iliryjskich przechodziło później z rąk do rąk. Panowali tu Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Wenecjanie. Próbowali je podbić Wandalowie, Ostrogoci, Słowianie, Turcy a nawet wojska napoleońskie, którym zresztą się to udało. Spacerując po Butrincie, naprawdę czuje się powiew wielkiej historii.
Niestety nadszedł czas, by pożegnać się z morzem i szykować do powrotu. Skierowaliśmy się w głąb lądu. Ponieważ w okolicach Theth nie zdążyliśmy obejrzeć źródła Siri i Kalter (Blue Eye) mieliśmy teraz okazję to nadrobić. Źródło rzeki Bistrita wygląda jak błękitne wodne oko o średnicy ok 10 m. Jego źrenica to głęboka na ok. 50 m. grota, z której bije krystaliczna woda. Legenda mówi, że źródło powstało z oka smoka zabitego przez okolicznych mieszkańców. Porywał dziewice więc chyba mu się należało.
Nad błękitną wodą zjedliśmy ostatni tradycyjny posiłek, rybka prosto z rzeki była pyszna! Ostatni przystanek na trasie to Gjirokastra, miasto tysiąca schodów, grafitowych kamiennych domów, miasto muzeum, twierdza Ali Paszy i rodzinne miasto Envera Hodży. Stara, najpiękniejsza część to kamienne domy zbudowane na zboczu wzgórza, nad którymi króluje twierdza. Uliczki i podjazd do fortecy są strome i dotarcie do niej wymaga niezłej kondycji. Ale w nagrodę z jej szczytu można podziwiać piękną panoramę miasta.

I na tym kończy się nasza wyprawa, czas wracać do domu. Mirupafshim Shqiperia! 

Tekst i zdjęcia: Agnieszka Bednarczyk

Zamknij

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.