Droga do Marrakeszu i dalej….

14 marca 2016

Wyciągnęliśmy wreszcie 8 Land Roverów z Urzędu Celnego (minus jedna lodówka) i nadszedł w końcu moment wyjazdu z Casablanki drogą na Marrakesz. Matthew Lowe, szef Grahama, przyłączył się do nas wraz z grupą 5 osób, tak więc miałem kierowców. Dwa spośród Land Roverów były nowe w wersji standardowej i miały być oddane dealerowi w dobrej cenie kiedy skończymy je użytkować - Discovery i Range Rover. Reszta floty miała kierownice po prawej stronie, a akurat te dwa miały po lewej, więc w mgnieniu oka pomyślałem i zapytałem moich kierowców (którzy wszyscy, jak się właśnie dowiedziałem, byli chrześcijańskimi misjonarzami) "który z was tutaj jest najgorszym kierowcą?" Ku mojemu zaskoczeniu drobna kobieta o imieniu Anna uniosła rękę i powiedziała "z całą pewnością ja, ponieważ nie prowadziłam samochodu od lat, a do tego nigdy w Afryce. A dlaczego pytasz?" Odpowiedziałem, że chciałbym dać jej jedno z aut z kierownicą po lewej stronie, na co odparła,  że nigdy takiego nie prowadziła... Odpowiedziałem jej "Okey, obydwa są w automacie, więc będzie ci łatwo", na co ona - że nigdy wcześniej nie miała okazji jeździć automatem... "O mój Boże" pomyślałem, zapytałem ją czy ma prawo jazdy, na szczęście odpowiedziała, że tak..w międzyczase reszta ekipy odeszła od nas chichocząc. Nie było mowy, żebym zaryzykował powierzenie Annie nowiuteńkiego Range Rovera 4,6 HSE, dlatego powiedziałem do niej  "chodź, zobaczysz Discovery, którym pojedziesz".  udzieliłem jej krótkiego kursu jazdy autem z kierownicą po lewej stronie i z automatyczną skrzynią biegów i kazałem jej powtórzyć, że lewa stopa ma spoczywać na podnóżku i nie zbliżać się do pedału hamulca. Jako, że jechaliśmy w konwoju, byłem pewien, że da sobie radę. Do przejechania mieliśmy raptem 240 km drogą N9, która w tamtych latach była straszna, pełna powolnie jadących ciężarówek i było niewiele lub wręcz żadnych możliwości wyprzedzania a potem wijąca się szutrówka przez góry, dopiero na koniec przyjemny zjazd w dół do Marrakeszu (teraz jest tam autostrada i tą samą trasę można przejechać w 2 godziny i 21 minut). Jako, że byliśmy 8-pojazdowym konwojem czekał nas długi i ciężki dzień. Wyjechaliśmy w południe, Matthew na przedzie a ja zamykałem konwój Range Roverem HSE. Jak tylko wyjechaliśmy za Casablankę okazało się, że droga była zapchana  ciężarówkami. Około 2:00 p.m. (14:00) po wielu mrożących krew w żyłach manewrach wyprzedzania zdarzyło się coś, czego nie zapomnę do końca życia. Nasz konwój był w tym momencie rozciągnięty niemiłosiernie i było wiele ciężarówek między naszym autami, asfalt biegł po nasypie wyższym od terenu o jakieś 2 metry, po obu stronach drogi rozciągały się pola uprawne. Podróżowaliśmy z prędkością ok.70km/h a w tym miejscu droga bardzo długim, łagodnym łukiem skręcała w prawo, przez co wyprzedzanie stało się bardzo niebezpieczne. Asfalt na tym odcinku był szeroki raptem na dwa pasy, żadnego pobocza, a co gorsza między górną powierzchnią asfaltu a nieutwardzonym poboczem był próg (różnica poziomów) 15cm, zero miejsca na błąd. Jeden z LR Discovery wysunął się by ocenić szanse na wyprzedzanie i o mały włos byłby zmieciony przez jadącą z przeciwka ciężarówkę, wobec czego w mgnieniu oka wrócił na swój pas ale zbyt gwałtownie i prawe koła spadły z asfaltu. W tumanie kurzu auto wróciło na drogę i ponowiło manewr wypuszczenia się na drugi pas w celach zwiadowczych. Ponownie mało brakowało, żeby wpadło pod kolejną pędzącą ciężarówkę! Znów zbyt gwałtownie wróciło na swój pas i ponownie spadło obydwoma kołami z asfaltu wzniecając kolejne chmury kurzu. Ale to, co się zdarzyło potem....Land Rover Discovery wrócił na asfalt bokiem i wystrzelił w poprzek przez oba pasy ruchu cudem mieszcząc się między dwoma jadącymi z przeciwka ciężarówkami, przeleciało w powietrzu i wylądowało na polu jakieś 20 metrów od nasypu.  Tam zaczęło się kręcić w miejscu, doliczyłem się 3 pełnych obrotów, nim wirując dalej zniknęło w ogromnym tumanie pyłu. Bez zastanowienia przecisnąłem się między jadącym ciężarówkami i zjechałem z nasypu kierując się w stronę wciąż rosnącej chmury piachu. Minęło zaledwie parę sekund odkąd Discovery podjęło pierwszą próbę wyprzedzania, i choć wszystko zdarzyło się tak błyskawicznie szybko, to pamiętam ten widok klatka po klatce, bo był tak niewiarygodny. Gwałtownie zahamowałem, ABSy miały co robić. Wlepiłem oczy w ten tuman i spodziewałem się ujrzeć sponiewierane i potrzaskane Discovery.  Serce miałem w gardle kiedy kurz zaczął opadać, z początku nie wierzyłem własnym oczom widząc jak powoli wyłania się z niego nietknięte, stojące na kołach przodem do asfaltu  auto. YYYES!!!! krzyknąłem, podjechałem bliżej i zaparkowałem. Podbiegłem do drzwi kierowcy, otworzyłem je i powiedziałem "Anna, to była jazda o najwyższym stopniu kontroli, nigdy czegoś takiego nie widziałem! Nikt nie ucierpiał, możesz być z siebie dumna". Anna, która wybałuszonymi oczami patrzyła prosto przed siebie, miała obie stopy na wduszonym w podłogę pedale hamulca a obie dłonie zaciśnięte na kierownicy tak kurczowo, że aż zbielały jej kostki. Kiedy usłyszała co powiedziałem zaczęła się śmiać a potem się rozpłakała. Przytuliłem "najlepszego kierowcę na świecie" i zapytałem czy moje poczucie humoru jest aż takie złe. Roześmiała się i odpowiedziała, że jest w głębokim szoku i głupio by było, gdyby po takim zdarzeniu zabił ją mój głupi żart.

Zadzwoniłem do Matthew i po chwili pojawiła się reszta konwoju. Anna nadal była roztrzęsiona, więc poczekaliśmy aż dojdzie do siebie. Jakie były straty? Discovery miało się dobrze za wyjątkiem dwóch sflaczałych kół po prawej stronie. Musiałem użyć poduchy (airbag jack) do podniesienia auta, bowiem gleba była na tym polu tak sypka, że normalny podnośnik zapadał się w niej. Gdy zdjąłem koła stało się jasne co się wydarzyło, obydwie felgi były mocno zniszczone  po wewnętrznej, w zasadzie można powiedzieć: totalnie rozwalone. Kiedy Anna za pierwszym razem spadła z asfaltu i zmusiła koła do ponownego wspięcia się na ostry 15-centymetrowy brzeg, to musiał być moment, kiedy zdarło opony z obu felg i z kół zeszło powietrze. Niesamowite było to, że nikomu nic się nie stało i  że Discovery nie było nawet zarysowane i mogło dalej jechać na zapasowych kołach - jednym własnym, a drugim pożyczonym z innego Discovery. Anna okazała hart ducha i prowadziła samochód do końca trasy, ale nalegała, byśmy utrzymali szyk konwoju i nikogo już nie wyprzedzali...W takiej sytuacji nie można było powiedzieć nic innego jak "okej, Anno" . To była długa, męcząca podróż. Dotarliśmy do Marrakeszu o 9:00 p.m. (21:00). Matthew poprowadził nas do samego hotelu, zaparkowaliśmy i wszyscy weszliśmy do recepcji. Hotel La Mamounia to luksusowy 5-gwiazdkowy kompleks i jest znany na całym świecie ze swojego splendoru. Usłyszałem jak jeden z kierowców mówił, że jestem szczęściarzem mogąc nocować w takim miejscu. Wziąłem Matthew na bok i zapytałem jakie ma plany na wieczór. Odpowiedział, że jego Defender stoi nieopodal i że cała grupa ma nim wrócić tego wieczoru do ich wioski w górach. Zapytałem co sądzi o pomyśle, by wziął Range Rovera i pojechał po swoją żonę oraz świeżą odzież dla reszty grupy i wrócił do La Mamounia na noc. Po tym, co tego dnia wszyscy przeżyli byłem pewien, że Land Rover z radością zapłaci za 4 pokoje dla was jeśli to nie problem, byście spali w 2-osobowych?  I gorący posiłek z lampką wina i oczywiście śniadaniem. Co??!? jesteś pewien? zapytał Matthew, "tak, jestem, po tym co się dzisiaj wydarzyło przynajmniej tyle mogą zrobić" powiedziałem. Wszyscy uśmiechnięci dawali Matthew listę rzeczy, które były im potrzebne do noclegu w hotelu. Spędzony razem wieczór był fantastyczny, a Matthew wrócił z żoną bardzo szybko, bowiem jak to zręcznie ujął "4,6HSE był troszkę szybszy niż jego wyeksploatowany Defender z silnikiem 2.5 diesel bez turbiny". Tego wieczoru ubawiliśmy się głównie opowieściami Anny, która stopniowo wszystko sobie przypomniała. Pamiętam jak mówiła, że auto obracało się tak szybko, że myślała, że jej oczy odfruną z oczodołów...tak, ona naprawdę nie zamknęła oczu. Jak mówiła - nie było na to czasu!

Następnego ranka pożegnaliśmy się, żona Matthew zabrała ekipę kopcącym Defenderem zostawiając mnie z Matthew i Grahamem. Po południu każdy z nas trzech wziął Range Rovera i pojechaliśmy na lotnisko odebrać Iana z Land Rovera oraz naszych gości i zabrać ich na samodzielną przejażdżkę po pustyni. "Hallo, Ian. Wczoraj mieliśmy wypadek i wszyscy zostaliśmy w La Mamounie na noc na twój koszt". Opowiedziałem mu co się stało i dodałem, że zapłacę te 1400 funtów, jeśli jego zdaniem było to niewłaściwe z mojej strony. Przez moment milczał i powiedział "masz swoją kartę kredytową, Paul?" "......eeeeee, tak" odparłem. Haha, nie wyjmuj jej z kieszeni, przyjacielu, biorę rachunek na siebie, bo ona dała radę rozbić moje Discovery bez najmniejszego draśnięcia! Co za szczęście! Cóż, szczerze mówiąc naprawdę cholerne szczęście!


Zamknij

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.