Dziecięca wyprawa - Namibia Safari 4x4

16 marca 2016

Każdy z nas chętnie czyta opowieści z egzotycznych wojaży - ot, na przykład z dzikich afrykańskich bezdroży. Ale relacja z takiej podróży spisana przez dziecko niesie szczególne emocje. Zresztą - przeczytajcie sami...

Mam na imię Witek. Mam 9 lat i chciałbym opowiedzieć wam, o swojej podróży.

Najpierw wsiedliśmy w samolot na Okęciu i polecieliśmy do Londynu. Poznałem od razu, bo z góry zobaczyłem stadion Chelsea, a ja najbardziej ze wszystkich sportów lubię grać w piłkę. Tam na lotnisku tata pokazał mi taki duży samolot w dziwnym malowaniu, zupełnie niepodobny do innych, które tam stały - na kadłubie miał napis "Air Namibia".

 

Nocny lot

Ucieszyłem się, no bo lecieliśmy właśnie do Namibii w Afryce. Piszę "my", bo było nas tutaj sporo: mój brat Jędrek, siostra Julianna, Bianka i Bernaś, bliźniaki Kasia i Piotruś z bratem Kubą, Miśka i Antoś oraz Ola. Już na lotnisku wiedziałem, że z innymi dzieciakami będzie fajnie, bo zaczęliśmy grać na podłodze w karty.

Lecieliśmy całą noc, a ja pierwszy raz spałem w samolocie i w ogóle podobało mi się, bo na przykład soki podawała nam stewardessa-murzynka. Wylądowaliśmy na prawdziwej pustyni, a tata powiedział, że jesteśmy w Winduk. Tak się czyta nazwę tego miejsca, bo pisze się zupełnie inaczej, ale nie pamiętam, jak. To skomplikowane...

 

Dzika Afryka

Najpierw pojechaliśmy odebrać samochody, pustynne Land Rovery. Trochę się wtedy nudziłem, bo byłem godny i było bardzo gorąco, ale tatusiowe musieli wszystko sprawdzić i załatwić wszystkie formalności. Jednak już po chwili pojechaliśmy do sklepu kupić zapasy jedzenia na wyprawę, a potem - do restauracji. Wieczorem dojechaliśmy do rezerwatu ze zwierzętami pod miastem, gdzie mieliśmy pierwszy nocleg w murzyńskich domkach. Było bardzo zabawnie, bo mama Bernasia znalazła nietoperza pod poduszką i piszczała. Tata Oli zobaczył długiego wija na ścianie, a ja dużego, zielonego pająka w dziurze pod murkiem. Rano wszyscy razem pojechaliśmy oglądać zwierzęta. Widzieliśmy żyrafy, gnu, guźca i springboki, czyli antylopy Taylora.

 

Oddech pustyni

Pierwszego dnia długo jechaliśmy przez pustynię. To na pewno była pustynia, bo było bardzo gorąco, wszędzie sucho i żółto, no i bardzo chciało mi się pić. Mama miała jednak zawsze jakiś napój pod ręką, więc wiedziałem, że nie umrzemy z pragnienia. Po południu, gdy już było bardzo gorąco i wszystkie dzieci były już bardzo zmęczone, dojechaliśmy na nocleg w lodży (duży dom) koło pustyni Namib. Lodża była ładna, zbudowana z kamieni. Najfajniejszy był basem w którym kąpaliśmy się wszyscy aż do kolacji. Tej nocy trochę się bałem, bo spaliśmy sami w domku, a drzwi wychodziły na pustynię i bałem się gepardów. Tata dał nam krótkofalówki i wszystkie dzieci mogły się ze sobą porozumiewać, więc ostrzeglibyśmy się nawzajem, gdyby gepardy rzeczywiście się pojawiły.

 

Pomarańczowe wydmy

Nazajutrz wstaliśmy przed świtem, kiedy było jeszcze ciemno bo chcieliśmy pojechać na wschód słońca na pustynię do Sosusvlei, gdzie stoją zasuszone drzewa mające kilkaset lat. Wschodu nie pamiętam, bo spałem ale rodzice mówili mi, że był bardzo ładny. Obudziłem się już na pustyni, gdzie zatrzymaliśmy się na śniadanie. Było pyszne, bo i nasza mama, i inne mamy potrafią zawsze zrobić coś dobrego. Potem poszliśmy na spacer po wydmach. Wszędzie dookoła były pomarańczowe góry piachu, wejść na nie wcale nie było łatwo. Ale najfajniejsze były zjazdy i turlanie się w dół. Piasek miałem wszędzie, nawet w buzi. Trzeba było też uważać bo miał on różne temperatury - tam gdzie był cień można było chodzić, tam gdzie świeciło słońce piasek był tak gorący, że nie dawało się stąpać. W czasie powrotu mieliśmy fajną przygodę bo tata zakopał naszego Land Rovera a wszystkie dzieci pomagały go odkopywać.

 

Wyschnięta rzeka

Po opuszczeniu pustyni, jak zrobiło się już bardzo gorąco, środek dnia spędziliśmy w lodży. Było fajnie, bo tatusiowie pili piwo (sic!), mamusie opalały się na leżakach, a dzieci kąpały się w basenie. Gdy zrobiło się trochę chłodniej, ruszyliśmy dalej. Minęliśmy Zwrotnik Koziorożca, widzieliśmy dzikie oryxy i springboki i podziwialiśmy sawannę. Kiedy zaczęło robić się ciemno, tata w pewnym momencie skręcił w wyschnięte koryto rzeki i po przejechaniu kilometra powiedział, że tutaj będziemy dziś nocować. Utworzyliśmy krąg z samochodów i rozłożyliśmy namioty na dachu. Tata powiedział wszystkim dzieciom, że nie wolno wychodzić poza obręb światła, nie wolno bawić się w piasku, nie wolno zbierać gałązek i kamyczków, bo pod takim kamyczkiem może siedzieć skorpion i może nas zaatakować. Wszystkie dzieci powiedziały, że będą się słuchać, bo jesteśmy w Afryce, a tu ze skorpionami nie ma żartów. Byliśmy bezpieczni, bo każdy z nas miał długie buty za kostkę i latarkę, a tata powiedział, że narobiliśmy tyle hałasu, że na pewno wszystkie duże dzikie zwierzęta pouciekały. Noc była bardzo fajna. Tylko raz obudziłem się, gdy w samochodzie obok Piotruś chciał siusiu, ale bał się zejść, więc siusiał z dachu.

Następnego dnia jechaliśmy przez sawannę, widzieliśmy dużo guźców i dzikie żyrafy które okrążaliśmy z daleka samochodami, żeby robić zdjęcia. Wieczorem dojechaliśmy do pięknych skał, które nazywają się Szpitzkoppe i tam rozłożyliśmy obóz. Znów byłem bardzo głodny, ale kolacja, którą przygotowały nasze mamy była warta czekania. Następnego dnia rano zaczęliśmy się wspinać na skały. Było to bardzo fajne, bo nasze pustynne buty świetnie trzymały się podłoża i mogliśmy wejść bardzo wysoko. A z góry nasz obóz wyglądał bardzo ładnie. Poszliśmy także na prysznic do miejscowego plemienia buszmenów i wszyscy wykąpaliśmy się w bardzo fajnych łazienkach stojących w buszu, a zrobionych z trzciny.

 

Ponure wybrzeże

Jak tylko zaczęło robić się cieplej pojechaliśmy na Wybrzeże Szkieletów. 5 km przed plażą nagle słońce schowało się za chmurami i zrobiło się chłodno - musieliśmy cieplej się ubrać. Tak działa ocean, który jest bardzo zimny Wybrzeże Szkieletów jest bardzo posępne, szare i groźne. Tutaj rozbija się bardzo dużo statków i umiera wiele morskich ssaków. My też mieliśmy tu niebezpieczne przygody: w jednym samochodzie wybuchła opona, a w drugim urwał się hamulec. Mnie krajobraz ten przypomniał Mordor z "Władcy Pierścieni" i właściwie się podobał, bo czasami niektóre wydmy były podobne do trolli, które jadą samochodem terenowym. Na nocleg dojechaliśmy już po zmroku, bo tata Oli zakopał się w korycie rzeki, gdy dawaliśmy mu latarkami znaki, żeby do nas trafił po ciemku. Rano zobaczyliśmy, że nocujemy na środku pustyni przy kępie drzew. Tata trafił tutaj chyba tylko z pomocą swojego GPS-u, bo dookoła nie było ani jednej drogi.

 

Oko w oko z lwem

Następnego dnia dojechaliśmy do Etoshy. Jest to ogrodzony park, gdzie można zobaczyć wszystkie dzikie zwierzęta Afryki. Tata mówi, że ma on powierzchnię jak województwo mazowieckie. Spędziliśmy tutaj kilka dni, codzienne obserwując inne zwierzęta. Widzieliśmy słonie, strusie, żyrafy, nosorożca, dużo antylop, szakale, lwy i nawet lamparta na drzewie. Było niebezpiecznie, bo jeden lew nagle ruszył w naszym kierunku i musieliśmy uciekać. Ale byliśmy szybsi, więc nic nam nie zrobił. Dużo czasu spędzaliśmy także na basenie, bo było bardzo gorąco - w końcu to Afryka. Z Etoshy pojechaliśmy z powrotem do Winduk, gdzie nasza wyprawa się zakończyła i wsiedliśmy do samolotu do Polski. Nasz wyjazd bardzo mi się podobał, a z wszystkimi dziećmi umówiliśmy się już na następną wyprawę, tym razem na Madagaskar. Do zobaczenia!      

Tekst: Witek Synowiec
Zdjęcia: Michał Synowiec

Zamknij

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.