Mieliśmy plan - Syberia 2014 część 2

15 marca 2016

Mieliśmy plan - może trochę zbyt szalony, może za ambitny jak na parę niedoświadczonych podróżników, ale bardzo prosty: pokonać 18 000 km w miesiąc szukając trzech tajemniczych miejsc: Cmentarzyska Diabła (obwód Irkutski), Doliny Śmierci (obwód Jakucki) i Uroczyska Dharkan - Martwa Krew (obwód Krasnojarski). Mieliśmy auto - Land Rover Discovery II z 2002 roku, które tradycyjnie, przygotowane zostało przez Auto Chrupek Serwis. Oprócz modyfikacji poczynionych przy okazji poprzedniej eksploracji Syberii, w tym roku wzmocniliśmy Marudę rezygnując z systemu ACE, wstawiając blokadę reduktora, zwiększyliśmy jego zasięg dzięki rozszerzeniu pojemności baku o kolejne 50 litrów. Osłoniliśmy podwozie jeszcze szczelniej niż w roku 2012.Silnik również przeszedł szereg poprawek. Nauczeni przygodami sprzed dwóch lat, wzmocniliśmy zaplecze energii wstawiając drugi akumulator i włączając go w czynny obieg. Mieliśmy prowiant, części zapasowe, mieliśmy pudła. Mieliśmy mapy, nawigację, komputer. Mieliśmy również drobny zapas gotówki na wypadek, gdyby zaszła konieczność powrotu innym środkiem lokomocji.

30 lipca, w rocznicę naszego ślubu, stanęliśmy na granicy Łotewsko-Rosyjskiej. Mając z tyłu głowy to, co działo się wtedy w Rosji i na Ukrainie trochę baliśmy się procedury odprawy celnej, zwłaszcza, że tendencje Polaków do wtrącania się w nieswoje sprawy, znacznie popsuły relacje polsko-rosyjskie. Ku naszemu zaskoczeniu, wszystko poszło niebywale sprawnie. Kolejne okienka, kontrole przebiegały w przyjaznej atmosferze, w kłębach życzliwych uśmiechów, ciekawości...zdrowej zazdrości. Jeden z celników, chwilę po tym, jak zdradziliśmy mu swoje plany, podsumował je i nas w ich świetle: Reeeely Craaaaazzzzyyyy People!

A plan, jak już wspomniałam, był prosty. Mieliśmy się dostać do Irkutska, a następnie nad Bajkał, gdzie planowaliśmy odpocząć w jakimś "otelu" i wypić kawę nad brzegiem jeziora. Później skierować mieliśmy się na północ - w stronę Cmentarzyska Diabła. Kolejnym etapem była Jakucja i jej sławna Dolina Śmierci. W drodze powrotnej mieliśmy dotrzeć do Uroczyska Dharkan. Dojazd do Irkutska miał nam zająć nie więcej niż 7 dni, ale...

I właśnie to "ale" stało się w konsekwencji mottem wyprawy. Drogi były w znacznie lepszym niż w 2012 roku stanie, ale ciągłe remonty i dalsza budowa "autostrad" była przyczynkiem ogromnych zatorów, w których często spędzaliśmy nawet kilka godzin. Nie staraliśmy się szukać objazdów, bo z doświadczenia już wiedzieliśmy, że takie próby często kończą się dość ciekawymi przygodami off-road i czasem nie do odrobienia. W konsekwencji sama droga do Irkutska zajęła nam aż 8 dni. Niewiele spaliśmy...czasami jechaliśmy całą dobę, czasami szukając noclegu, zaszywaliśmy się w lesie lub w polach słoneczników i na dwie, trzy godziny odpływaliśmy w sen na przednich siedzeniach Marudy. Czasami, skuszeni intymnością obiecaną nam przez gęstą tajgę, rozpalaliśmy ognisko wykopując uprzednio dół, by ograniczyć niemal do minimum naszą widzialność i skoncentrować płomień i jego ciepło w jednym kierunku.

6 sierpnia, dokładnie o godzinie 18.00 czasu lokalnego (w Polsce była godzina 11.00) ujrzeliśmy Bajkał. Ten, kto nie widział tego jeziora, nie zrozumie piękna, powietrza, wiatru...tej satysfakcji. O godzinie 19 dotarliśmy do bazy noclegowej - "gościenniaca Bajkalski Transit". Smak miejscowego szaszłyka, godzinny prysznic, pierwsza noc w łóżku w czystej, pachnącej pościeli...człowiek na co dzień nie docenia tych elementów - tam i wtedy stanowiły dla nas komfort najwyższej wagi. Nazajutrz nie śpieszyliśmy się z odjazdem. Powolne śniadanie, niemal godzina spędzona nad samym brzegiem Bajkału mimo niesprzyjającej aury (zamglenie i deszcz).

Do Bracka dotarliśmy 8 sierpnia. To miał być nasz punkt "startowy" w poszukiwaniu Cmentarzyska Diabła. Literatura niewiele mówił o dokładnej lokalizacji "uroczyska", a tubylcy albo nie słyszeli o istnieniu tego miejsca, albo celowo zbywali nas odmawiając bardzo mile odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Mieliśmy kilka punktów orientacyjnych i właśnie od nich postanowiliśmy rozpocząć poszukiwania.

W zlokalizowaniu rzeki Kowy, wymarłej miejscowości Kamaryszewo pomogli nam miejscowi, którzy, podróżując Ułazem, zatrzymali się na "wódkę" obok rampy, na którą wjechał Łukasz próbując ustalić przyczynę wycieku z reduktora. Krótki dialog, i ruszyli w swoją stronę. Im bliżej byliśmy Cmentarzyska, tym bardziej przytłaczająca była Syberia, bardziej dzika, bardziej piękna. Po kilku godzinach jazdy po czymś, co kiedyś może i było asfaltem, zdecydowaliśmy zjechać na noc w las. I to właśnie tam poczuliśmy po raz pierwszy, że nie jesteśmy sami. Przed świtem coś tak silnie uderzyło w auto, że te aż zaczęło się bujać. Pewnie niedźwiedź. Uciekliśmy.

Nie udało się odnaleźć Kamaryszewa, więc zaczęliśmy z drugiej strony, kierując się na wioskę Kosoj Byk. Tutaj już nie było asfaltów, drogi też często ginęły pochłonięte syberyjską roślinnością. Jechaliśmy na azymut, a im bliżej byliśmy tej osady, tym częściej mijaliśmy sczerniałe (jakby spalone) drzewa, dziwne konstrukcje, mosty, albo raczej luźno ułożone bale, mocno już przez czas nadszarpnięte. Inny świat. Fizycznie i psychicznie czuliśmy się dobrze. Często zatrzymywaliśmy się, by udokumentować piękno lub anormalność przyrody. Kręciliśmy filmy, robiliśmy zdjęcia...jak się później okazało - bardzo niewiele z nich przetrwało. I to jest najdziwniejsze, bo sprzęt nie zawiódł ani razu do tej pory, i jak się później okaże - do końca podróży sprawował się również bez zarzutu....tylko tam, tylko te kilkadziesiąt zdjęć i kilka filmów stały się kupą pikseli, plątaniną błędów lub bardzo przycinającym się, bardzo nierównym fragmentem starej kliszy filmowej. Tutaj również Łukasz po raz pierwszy naciągnął mięsień prawej łydki i zaczął mocno utykać...później okaże się, że konsekwencje bagatelizowania tego zdarzenia mogły być tragiczne. Maruda także zaczął coraz częściej pyskować elektrycznie. Mieliśmy coraz większy problem z odpalaniem auta, gasły światła, radio się wyłączało...a alternator nie nadążał z wytwarzaniem odpowiedniej ilości prądu, by wszystkie "gadżety" działały bez zarzutu.

Ale nie las był straszny...Przejeżdżając przez zupełnie opuszczoną wioskę czuliśmy o wiele większy dyskomfort niż kiedykolwiek indziej....domy bez ścian, firany w oknach bez szyb, wyłamane drzwi, opuszczony kołchoz...i tylko cisza, którą przełamywaliśmy brzmieniem silnika. Czasami wiatr uderzył luźnym elementem blachy poszycia domu o podłoże lub jakiś inny element...nic więcej. Zmierzchało, a my nie zamierzaliśmy spędzić tutaj już ani minuty więcej. Wiemy, gdzie jest diabelski cmentarz i byliśmy zapewne już u jego bram. Trzeba wiedzieć, kiedy się zatrzymać, by móc kiedyś raz jeszcze zmierzyć się z Syberią.

12.08.2014 - Poszukiwania Diabelskiego Cmentarza zajęły nam zbyt wiele czasu, byśmy mogli liczyć na to, że uda nam się zrealizować cały plan. Morale spadło jeszcze bardziej, gdy ból w jego prawej nodze uniemożliwiał mu chodzenie a auto odmówiło posłuszeństwa wypełniając niemal całą kabinę gęstym, niemalże plastikowym dymem. Okazało się, że powstało zwarcie w amperomierzu i dopiero całkowite odizolowanie go od akumulatorów pozwoliło na powrót uruchomić auto i ruszyć w dalszą drogę. W stronę Uroczyska Dharkan.

Ruszyliśmy w stronę Krasnojarska, gdzie w konsekwencji zdecydowaliśmy się na nocleg w przydrożnym "otelu". W Tulunie skorzystaliśmy z miejscowego warsztatu i zmieniliśmy olej w silniku, uzupełniliśmy w mostach, reduktorze, skrzyni biegów. W związku z tym, że musieliśmy zrezygnować z jednego punktu na naszej mapie, mieliśmy zapas czasu, a więc i tempo podróży widocznie spadło. Dopiero teraz mogliśmy się cieszyć tym, co oferuje nam Syberia, co oferuje nam Rosja. Przemili ludzie...nawet policja zatrzymując nas, pytała w pierwszej kolejności nie o dokumenty, a o nasze samopoczucie, o to, czy niczego nam nie trzeba, proponowała pomoc w razie konieczności. Tego się nie spodziewaliśmy!

15.08.2014 Kuzbas. Po raz pierwszy zobaczyliśmy tą krainę...po raz pierwszy zobaczyliśmy też z góry dolinę, która miała być najcięższą próbą naszej wyprawy. Uroczysko Dharkan skryte pod mgłą przyciągało. Jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy w dół doliny i stając nad brzegiem niewielkiego potoku, podjęliśmy decyzję o próbie pokonania kilkukilometrowego błotnego odcinka dzielącego nas od pewnej suchej wysepki. Tam mieliśmy się przespać i odpocząć i nazajutrz wyruszyć w dalszą trasę. Do Uroczyska dzieliło nas około 20 km w linii prostej.

Nie było łatwo. Wyciągarka pracowała bez przerwy ratując nas i wyciągając z najgłębszych kolein. Bywało też tak, że koła traciły kontakt z podłożem. Zabrakło dosłownie 30 metrów, gdy po raz ostatni wyciągarka powalając 9 metrowe drzewo, do czegokolwiek się przydała. Padła. Później były tylko nieudolne próby wydobycia Marudy, były niedźwiedzie brunatne niespełna 100 metrów od nas...A my?  My spaliśmy w błocie. Gdyby tego było mało, w nocy potężna burza jeszcze bardziej pogrzebała Marudę. Woda zaczęła się wlewać do bagażnika.

Nazajutrz, po kilkugodzinnych próbach odkopania auta, podjęliśmy decyzję o poszukaniu pomocy. Dopiero w wypadku, gdybyśmy jej nie znaleźli, uruchomilibyśmy siekierę i hilift podnosząc auto i podkładając pod nie dość pokaźne bale. Brnąc w błocie często sięgającego powyżej kolan, mijaliśmy ślady m.in. niedźwiedzi. Po kilku godzinach marszu - udało się. Potężny Ural z napędem 6x6 zatrzymał się, a jego kierowca zdecydował się pomóc. I tak kilka godzin wspólnej walki, kilka słów uznania dla naszego auta i naszej odwagi (lub głupoty - jak kto woli)...krótka refleksja nad życiem - i Land pokiereszowany (rozbite prawy przedni błotnik, niesprawna wyciągarka, rozbity reflektor, pogięte osłony, metrowej długości drzazga zaklinowała się między wałem, reduktorem a mostem), ale uratowany! Musieliśmy go doprowadzić do względnego porządku...przynajmniej usunąć tony błota z jego wnętrza, co trwało już do samego wieczora. Czas wracać do domu.

Problemy z reduktorem się nasilały. By oszczędzać go maksymalnie, należało bez względu na wszystko unikać biegu jałowego czy też hamowania silnikiem. O ile na prostych odcinkach nie było z tym większego problemu, o tyle przejazd przez Ural był koszmarem. Dymiące hamulce, czerwone niemalże tarcze i wszechobecny odór palącego się metalu. Na przestrzeni kilkunastu kilometrów musieliśmy kilka razy zatrzymywać się czekając, aż nieco ostygną nasze emocje i hamulce.

Ze względu na stan nogi Łukasza (praktycznie stracił umiejętność chodzenia), szukaliśmy jak najczęściej noclegów w "gościennicach", licząc na to, że noc z nogą podniesioną w górze uczyni nieco lżejszym kolejny dzień. Dzień za dniem. Kilkanaście godzin dziennie w kabinie Marudy, ale tempo już nie te. Mimo pewnych dolegliwości, podróż przez Rosję...przez jej przestrzenie to odczucie niemal metafizyczne, nieporównywalne z niczym innym. To pewna magia.

24.08.2014 Przekroczyliśmy granicę Rosyjsko Łotewską. Już niemal w domu. Maruda, mimo, że pyskuje, daje radę. Ulga...tak, mimo tego piękna, tej uczciwości rosyjskiej, czuliśmy ulgę. W Białymstoku byliśmy po 18.00. A nazajutrz Łukasz wylądował na przeszło tydzień w szpitalu. Zakrzepica żył głębokich - stan bardzo poważny....i jak wyraził się lekarz prowadzący: "nie wiem jakim cudem dojechał tak daleko...".

I co teraz??? A za dwa lata - Kamczatka!!!

I na koniec chcielibyśmy podziękować wszystkim, bez których ta podróż nie miałaby miejsca:

Centrum Czar-Dent / Czar Med i właścicielom -Bogusławie i Dariuszowi Czarnowskim - za wiarę w powodzenie wyprawy, za ciekawość świata, za to, jakimi są ludźmi i za wsparcie finansowe;

Auto Chrupek Serwis - i właścicielowi -Leszkowi - za jego ponadprzeciętną energię, za jego wiedzę i umiejętności, które po raz kolejny udowodniły, że odpowiednio przygotowany Discovery II da radę nawet w najcięższych warunkach i najdłuższych trasach.

Zbigniewowi Giedrojciowi - chirurgowi plastycznemu - za niesamowite mentalne wsparcie, za wiarę w ludzi i chęć niesienia pomocy. To dzięki niemu Ton Pret, holenderski artysta, stworzył z maski LR Disco II dzieło sztuki

Ton Pret - za czas, wizję, charakter i umiejętności...za sztukę, którą przelał na maskę. Dziękujemy Ton

Ferrari BodyShop.nl - jedynemu autoryzowanemu holenderskiemu serwisowi Ferrari w Holandii za świetne utwardzenie dzieła sztuki na masce i jej polakierowanie. Panowie - świetna robota!!!

ARProdukt (http://www.arprodukt.pl) - i Mariuszowi Szewczukowi - za jego wiarę w powodzenie wyprawy, kompozycję na karoserii samochodu i wstępniak do krótkich kronik filmowych!

LandLife i redaktorowi naczelnemu -Grzegorzowi Ostrowskiemu - za możliwość opisania swoich przygód w tak fajnym magazynie

Sławkowi- prezesowi Stowarzyszenia Podlasie 4x4 - za wsparcie rzeczowe i pożyczenie szpeju off-road! Zawsze na Ciebie można liczyć! Powodzenia dla Ciebie i stale powiększającej się rodziny!

Kingston - za rzeczowe wsparcie wyprawy i gwarancję, że nasze dane będą bezpieczne na pendrive udostępnionych przez firmę!

Dziękujemy naszym Rodzinom za cierpliwość i ich strach, który mobilizował nas do zachowania resztki rozsądku.

Dorocie Sikorze, Marcinowi Radyno i wielu, wielu, wielu, wielu, wielu innym osobom, które w sposób bezpośredni....lub nawet tak zwyczajnie niechcący, pomogli w realizowaniu naszego marzenia. Dziękujemy też osobom skrajnie wątpiącym, desperacko krytykującym, nagminnie nieobecnym, bo także oni stali się naszą pośrednią motywacją!

Tekst: Małgorzata Bołtromiuk 























Zamknij

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.