Wyprawa przez mokrą Afrykę

15 marca 2016

Wyjazd do Afryki na wyprawę off-roadową w busz sam w sobie zawsze jest przygodą. Ale po iluś tam ekspedycjach wiem, że busz jest przewidywalny i wyprawy stricte etnograficzne lub safari w jakiśsposób powszednieją. Poza tym większość krajów jest już w miarę cywilizowanych i bezpiecznych więc nie jest to żadne extremum. Wyjazd zaś w końcówce pory deszczowej, do kraju mało rozwiniętego i bez infrastruktury jest ciągle prawdziwym wyzwaniem. Tym razem na celownik znów obrałem na Angolę, więc o kolejnej wyprawie do niej i o afrykańskim deszczu będzie ta historia.

Woda

Angola kojarzy się z wojną, zniszczeniem i ... tak właściwie nie wiadomo gdzie jest. Ot, gdzieś w Afryce. Kraj znany w Polsce z internacjonalistycznej pomocy, jakiej nasz rząd w poprzednim systemie hojnie mu udzielał oraz z książki "Jeszcze dzień życia" Kapuścińskiego. Dwa lata temu miałem okazję odwiedzić Angolę - wtedy jednak było sucho. Tak więc teraz przyszedł czas na podniesienie poprzeczki i wyprawę w trudniejszych warunkach.

Granicę znów przekraczamy w Ruacanie, nieopodal pięknych wodospadów na rzece Kunene. Jest dużo wody, a kaskada jest bardzo malownicza - trochę powyżej, na zaporze, otwarte są śluzy, bowiem ze środka Angoli idzie fala powodziowa i niesie ogromne masy wody. Przejście graniczne jest klimatyczne, zaraz za nim w zasadzie nie ma już dróg i od razu znajdujemy się w środku buszu. Tereny te zamieszkałe są jedynie przez sobie bliskie etnicznie grupy Herero, plemiona Himba i Wathemba. Na campingu w Ruacanie, jeszcze w Namibii, całą noc padało, więc podejrzewałem, że wszystkie rzeki okresowe są wypełnione. I nie pomyliłem się - każda, nawet najmniejsza rzeczka, niesie ze sobą burą wodę. W jednych potokach jest jej więcej, w innych mniej a w każdym przypadku cechą wspólną jest nieprzejrzystość, co sprawia, że przejazd jest naprawdę sporym ryzykiem. Każdy z riverbed'ów może mieć na środku dziurę lub kamień, na którym przez ostry prąd rzeki można łatwo wywrócić auto. Nasze Defendery do niskich nie należą, niemniej i tak kilka razy woda wlewa się na maskę. Nie da się ukryć, że drogi też są coraz bardziej rozmyte i pokrywają je coraz większe koleiny. Na szczęście, do czego przyzwyczaiły nas realia afrykańskie, po deszczu wystarczy poczekać kilka godzin, a grunt szybko wysycha. No i nie da się ukryć, że szczęściem jest, gdy nie trafi się na powódź. Tegoroczny kwiecień, na pograniczu Angoli i Namibii, obfituje w wielkie, zalane obszary. Przed wyjazdem trochę się obawiam informacji o pływającym Ovambolandzie, ewakuowanych wioskach, zamkniętych drogach, więc nieznacznie modyfikuję planowaną trasę w kierunku Pustyni Namib, mając nadzieję, że tam będzie padało chociaż trochę mniej. Problem nie leży może w samym deszczu - to często przytrafia się także w czasie moich wyjazdów na Ukrainę czy do Rumunii. Kłopot jest w tym, że niemożliwym jest przejazd przez zalany obszar lub zerwany most na jakiejś większej rzece, a pamiętać należy, że ewentualny objazd (jeżeli w ogóle jest możliwy) to dodatkowe 500-800 km po dróżkach, którymi poruszamy się z prędkością 20-30 km/h. Poza tym, jak już przytrafia się powódź, to woda stoi w buszu dosyć długo, więc oczekiwanie na "podeschnięcie" mija się trochę z celem.

Ludzie

Jedziemy w kierunku Parku Narodowego Iona, mijając po drodze kilka wiosek i miejscowości, w których widzimy ślady infrastruktury zbudowanej jeszcze w czasach kolonialnych - Chitado, Hangumbi, Oncocua, Moimba, Caleque (ze zbombardowaną przez kubańczyków zaporą na Kunene). Wszędzie widać ślady burzliwej historii, czyli spalone lub ostrzelane domy, mostki, przepusty, bramy do farm.

Spotykamy się także z niesamowicie gościnnym przyjęciem bowiem w tych rejonach, poza nielicznymi Afrykanerami nie ma w ogóle turystów, zwłaszcza białych. Jest to chyba jeden z ostatnich rejonów południowej Afryki, gdzie nie docierają tabuny Niemców, nie ma "safari-wycieczkowozów" ze zblazowanymi Europejczykami, Amerykanami lub Australijczykami, nie ma autokarów 4x4 wypełnionych backpackersami, a każdy podróżnik witany jest, jak ktoś z innego świata. I cały czas jest obiektem sympatycznej ciekawości. Nie jest też tak, że nie ma tutaj śladów współczesnej cywilizacji - emisariusze MPLA na chińskich motorkach, jak za czasów boskiego Che Guevary, ciągle jeżdżą po wioskach, organizując spotkania uświadamiające. Angola w dalszym ciągu jest socjalistycznym skansenem jednak aktualnie bardziej na sposób chiński niż kubański. Na szczęście w wioskach Iony nie widać za bardzo kolektywizmu. Kobiety Wathemba wyglądają jak 100 lat temu, a kraale są takie jak być powinny, czyli koczownicze i matriarchalnie (gdzie najważniejsza jest najstarsza kobieta). Zupełnie inaczej jest w Tombua, małym mieście nad Atlantykiem, do którego docieramy po kilku dniach. Przypadkowo obserwujemy jak do portu przybywają dwa niewielkie kutry i odbywa się wyładunek oraz przetwarzanie połowu w co jest zaangażowana chyba cała wioska. Na ulicach nie ma śladu żywej duszy, wszyscy oprawiają ryby, suszą je na słońcu i następnie pakują i na palety pod czujnym okiem zarządców z czapkami MPLA i portretami prezydenta Eduardo Dos Santosa. Co ciekawe, robią to z uśmiechem i zaangażowaniem, ale mam nieodparte poczucie komuny w pełnym rozkwicie. Niemniej wydaje się, że miejscowym to odpowiada - może zyski dzielone są uczciwie i dają utrzymanie biedocie?

Przeprawa

Cel wyprawy to Pustynia Namib i Doodsakker, miejsce nad oceanem, tak opisane na jednym z forum przez jednego z Afrykanerów: "It is referred to as the "doodsakker". I don't know what the translation is, but it is a term used when you are lying in ambush. It refers to the area where the enemy has to be before you open fire."Coś w tym może być, miejsce jest zdradliwe jak żadne inne i nigdy nie wiadomo,jak pójdzie jego pokonywanie. Ale na razie do wybrzeża mamy kilkaset kilometrów i wiele rzek doprzejechania. W jednej z nich widzę nagle dach Toyoty HZJ. Niby jest tu twarde dno, ale ten dach ledwowystaje ponad wodę. I to jest doskonały przykład niebezpieczeństwa, na jakie można się narazić przyprzekraczaniu tutejszych rzek. Lokalni ludzie mówią, ze samochód należy do rządu i leży w wodzie...trzy dni. Poziom wody był wtedy trochę wyższy i nie udało im się przejechać. Gdy auto zakopało się wkorycie, chłopaki poszli po pomoc, wrócili następnego dnia i jak się okazało, pojazd był już do połowy zagrzebany w dnie. Jeszcze dzień i zniknie zupełnie. Któryś z kolejnych brodów - następna Toyota, tym razem policyjna, utopiona w rzece. Obrazek groteskowy, samochód przywiązany do krzaka na bieliźnianej lince, na przeciwległym brzegu 9. członków "Comando Policia Oncocua", kilkunastu Himba, którzy czekają na pomoc i pełno suszących się ciuchów. Dzień wcześniej, wieczorem, przekraczalirzekę. Było więcej wody i zalali silnik bowiem snorkela nie mieli. Zaczęło ich znosić, nurt wypłukał całejedzenie i sprzęt biwakowy, popłynęły prawie wszystkie plecaki z wyposażeniem, utopiły się ichkałasznikowy i radia. W ostatniej chwili przyczepili auto sznurkiem do krzaka czekają na pomoc, tyle żenajbliższa wioska, Oncocua, jest około 70 km dalej. Cała zabawa z ich wyciąganiem trwa kilka godzin, bo wiąże się też z koniecznością uruchomienia silnika, ale za to spędzamy przeuroczy wieczór i noc wbazie policji w Oncocua, hołubieni przez samego lokalnego burmistrza. Im bliżej wydm WybrzeżaSzkieletów, tym jest bardziej sucho i widać, że deszcze padają tutaj dosyć rzadko. Niemniej, gdyopuszczamy Park Iona i wjeżdżamy na sawannę, łapie nas prawdziwa afrykańska burza. Zaczyna sięod ferii barw, jakie serwuje nam słońce przesłaniane niesamowitą, czarną chmurą, następnie zaczynapadać z intensywnością lania wody z wiadra, a na końcu pioruny zaczynają walić we wszystkichkierunkach, między chmurami i w ziemię. Czujemy się troszkę nieswojo, niemniej bezpieczni jesteśmywłaśnie w autach, które są swoistą klatką Faradaya. Zastanawiam się nad noclegiem w opuszczonym miasteczku Espenhirerra, ale po kilkukrotnym uderzeniu pioruna w ruiny, omijam to miejsce szerokimłukiem. Planuję biwak nad brzegiem rzeki Kunene, do którego jest jeszcze ok. 90 km płaskiej trawy. Nie można jechać szybko bo na sawannie stoi kilkanaście centymetrów wody, ciemno jak przysłowiowe gdzieś u Murzyna, a błyskawice co chwila rozjaśniają niebo. Wrażenie niesamowite, jedziemy więcpowoli rozkoszując się naturą. Na miejsce przyjeżdżamy w nocy, trafiając na godzinkę bez deszczu, copozwala nam na rozbicie obozowiska. Później, przez całą noc pada silny deszcz, mimo że jest to miejsce, gdzie opady notuje się raz na kilkanaście lat. Rano piasek na Pustyni Namib jest czarny,Kunene rozlana od brzegu do brzegu i wszędzie mokro. Ciekawi mnie, jak będzie wyglądał wspomnianyjuż przeze mnie Doodsakker - wiosenne sztormy i księżyc w pierwszej kwadrze nie wróżą nic dobrego.

W Foz de Cunene, policjanci dziwią się, że dojechaliśmy bez problemu od strony Iony. Mają radiowe raporty o powodziach, rozlanych rzekach i jak zwykle, są niesamowicie uprzejmi oraz gościnni,udzielając wszelkich niezbędnych informacji.

Przed nami 350 km plażą do Tombua. Jedzie się ciężko, bowiem zmoczony długotrwałym deszczem piasek jest bardzo grząski. Ledwo udaje nam się dotrzeć na czas w pewien określony punkt, z którego mamy zaatakować najtrudniejszy odcinek, gdzie wydmy schodzą do samego oceanu. I musimy to zrobić w odpowiednim czasie mając w ręku tabelę pływów oceanu - slot na przekroczenie Doodsakkera wynosi tylko 3 godziny i tylko dwa razy na dzień. Już prawie przejeżdżamy ten osławiony odcinek, gdy po minięciu Baia dos Tigres, dawnej mierzei, a teraz wyspy, o brzeg zaczynają uderzać spore fale, a przypływ trwa w najlepsze już od godziny. No i zaczyna się walka z czasem tak, aby nie zostać na noc z zakotwiczonym o wydmę samochodem. Nieprzewidywalność Doodsakker'a polega też na tym, że jego brzeg zmienia się co kilka dni. Tym razem naniesiony piasek i fale przykryły co prawda dwa odcinki ze skałkami wchodzącymi do morza (bardzo trudne do pokonania), ale za to tak poszatkowały linię brzegową w mokre, poprzeczne wydmy, że musimy ciągle wjeżdżać w ocean, lawirując między falami, aby ominąć piaskowe skarpy wysokości 70 cm. "Death Acre" opuszczamy już grubo po bezpiecznym czasie odpływu i znajdujemy miejsce na biwak. Wieczorem, z wysokiej diuny obserwujemy trzy, przechodzące koło nas burze z piorunami.

Wycieczka Tombua jest punktem, gdzie zaczyna się dla nas cywilizacja. Odtąd poruszamy się już raczej drogami utwardzanymi i odbudowywanymi przez Chińczyków. W Namibie (Mocamedes), oglądamy budowę jednej z niewielu polskich inwestycji w Angoli, czyli Szkołę Morską. Planuję nocleg na przełęczy Leba, lecz okazuje się, że zaraz za Namibe rzeka kilka dni wcześniej zabrała most i przejazd jest niemożliwy. Jedziemy długim objazdem przez sawannę oraz stary most kolejowy i na przełęcz znów docieramy po zmroku. Pogoda nie napawa optymistycznie - błyska się i grzmi wokół, a nocowanie nad przepaścią w czasie burzy, nie jest chyba zbyt rozsądnym pomysłem. Niemniej ryzykujemy i... rano okazuje się, że pora deszczowa właśnie się skończyła. Pogoda prześliczna, zero chmur, jest ciepło i wesoło. Mijamy Lubango, Menonge, Kuito i docieramy do miejscowości Camacupa - geograficznego środka Angoli. Planuję jazdę dalej, lecz w czasie wieczornej, wioskowej imprezy tanecznej, gdzie słuchamy brazylijskiego rapu i angolo-disco-polo, od nowo poznanych Chińczyków dowiadujemy się, że kilkanaście kilometrów dalej rozebrano właśnie resztki starego mostu, a nowego jeszcze nikt nie zbudował i przejazd do Lueny jest niemożliwy. Musimy zawrócić około 40 km i jechać na południe.

Jedziemy więc na początku nowymi, znów chińskimi drogami do Menonge, Cuito Cuanavale (miejsca

wielkiej bitwy pancernej, stoczonej w Afryce w 1988 r.), Baxia Longa aż do Katuitwi, gdzie przekraczamy granicę Namibii. Na koniec Angola robi wrażenie. Jeszcze przez kilka lat będzie to kraj, gdzie nie ma turystów, gdzie będzie można pojechać na prawdziwą wyprawę, gdzie jest się zdanym właściwie tylko na siebie i towarzyszy, gdzie wymagane jest doświadczenie oraz "obycie" w podróży, gdzie śmigłowiec nie przyleci na wezwanie, a pomoc może nadejść dopiero za kilka dni. Jest to kraj bezpieczny, z przestrzenią na eksplorację w starym stylu lat 50. i 60. lub legendarnych wypraw XIX wieku. Dopóki Chińczycy nie zabetonują wszystkiego. 

Tekst: Michał Synowiec

Zamknij

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.